niedziela, 13 grudnia 2015

Rozdział 15

Następna nasza stacja to Berlin. Stamtąd mamy zamiar później polecieć do Los Angeles. Jednak najpierw trzeba Zabrać to i owo temu miastu, a raczej jego mieszkańcom.
Niemcy to bogaty kraj. Niech nas wspiera.
- Ja cię proszę. Godzinka. Chcę do fryzjera. - Ellie robi dziobek.
- Leć - wzdycham.
- Ty ze mną.
- Ja ci nie jestem potrzebny.
Patrzy na mnie krytycznie.
- Twoje włosy ...Harry tarzan.
- Oo nie. Ja idę się przejść - szybko się oddalam zostawiając ją pod salonem.
Tak naprawdę chcę się po rozglądać. Muszę mieć dobry cel. Zauważam kasyno. Mam ochotę iść pograć. Wieczorem zabiorę Elizabeth, ale tylko po to.
Na razie jesteśmy ustawieni. Nie wiem ile będziemy podróżować. Może jedynie pomagać mi wygrywać, ale to nie jest konieczne przy moich umiejętnościach.
Gdy ją odbieram zauważam, ze juz nie jest brunetką. To nie blond ale są rozjaśnione
Jestem zaskoczony, ale pasuje jej. Uśmiecha się do mnie i bierze za rękę. Chodzimy jeszcze trochę po mieście. Wieczorem rzeczywiście wybieramy się do kasyna.
- Lubię patrzeć jak grasz - mówi z uśmiechem.
- Jak wygrywam - prowadzę ją do stołu przy którym siadam.
Karty zostają rozdane. Mam trudnych przeciwników. Ale Elizabeth robi swoje poprawiając dekolt sukienki.,
Skupiam się na tym co należy do mnie. Przynoszą nam drinki lecz surowo zabraniam dziewczynie alkoholu. Grać jednak jakoś trzeba.
Wygrywam kolejne rozdanie. Ona to szczęście. Przynosi farta.
Puszczam jej oczko dostając żetony od innych graczy.
- Mam dla ciebie nagrodę - mówi mi do ucha.
- kiedy mam się zgłosić po odbiór? - patrze na nią.
- Jak wrócimy do hotelu - jej język dotyka mojej szyi.
Po czym składa na niej pocałunek.
- Panowie ostatnie rozdanie - mówię donośnie.
- To dobre rozwiązanie - mówi ten który najwięcej przegrał.
Za jego plecami stoi jakieś trzy kobiety, ale żadna nie dorównuje urodą Elizabeth.
Jednak próbują mnie zdekoncentrować. Staram się nie patrzeć w ich kierunku.
Uśmiecham się szeroko i prostuje kończąc grę.
- Gratuluję tobie - Elizabeth pochyla się i całuje mnie bardzo zachłannie.
Oddaje pocałunek rękę trzymając na moim ulubionym tyłku.
- A teraz chodź....
Odbieram nasze płaszcze i wracamy do hotelu. Tam dziewczyna od razu pcha mnie na łóżko. Sama zaczyna się rozbierać. Coś czuję, że dostanę zawału jak zobaczę co ma pod sukienką. Podpieram się na łokciach by mieć na nią jak najlepszy widok.
Rozsuwa zamek czerwonego materiału i powoli zsuwa go ze swojego ciała. Naprawdę powoli. Kołysze biodrami, a ja już widzę czerwone i czarne wykończenia seksownej bielizny.
Nie mam pojęcia jak to na siebie włożyła, ale ze ściągnięciem nie przewiduje problemu.
Zostawia sukienkę na ziemi i odwraca się do mnie tyłem. Widzę różne falbanki, gorset i wiązanki.
Już czuję powstanie narodowe w moich spodniach.
- Taki prezent ci się podoba? - patrzy na mnie przez ramię. - Ja skomplikowana do otwarcia.
- Zawsze mogę to po prostu porozrywać w cholerę.
Karci mnie wzrokiem po czym się uśmiecha.
- Spróbuj. To będziesz wszystko szyć - podchodzi do mnie i ściąga praktycznie jedynym ruchem moje spodnie.
- Jesteś.. - brakuję mi słów.
Kładzie palec na ustach, każąc mi nic nie mówić. Rozpina moją koszulę, raz  za razem składając pocałunki na klacie.
Nie wytrzymuję i przewracam nas.
- Niet - warczy na mnie i mocno odpycha.
- Właśnie że tak - przedrzeźniam ją i przygniatam do materaca.
- Niet - patrzy na mnie groźnie i znów odpycha. - Ja rządzę. Nie ty. Ja nakazuje.
- Słońce... dominować to ty se możesz przy ziemniakach, a tu jak ci czasem pozwolę. - jedną ręką trzymam oba jej nadgarstki nad jej głową, a drugą przejeżdżam wzdłuż jej boku.
Patrzy na mnie wyzywająco i na razie milczy. Pozwala mi na każdy ruch, póki nie unosi nóg i nie oplata moich bioder, używając całej siły aby nas przewrócić. To chyba będzie agresywny seks.
- Draniu, dzisiaj nie jest twój dzień - cmoka ustami i sięga po pasek od moich spodni.
- Założysz się? - znów jest pode mną i to ja związuję ją zebranym paskiem.
- Widzisz jak ciebie łatwo zmotywować - uśmiecha się zadowolona.
- Sabotaż?
- Czasem trzeba.
- to sobie leż - unoszę ręce do góry.
- I sobie poradzisz? - patrzy wymownie na moją męskość i całuje mnie w usta, dalej oplatając nogami w pasie. - Poza tym lubię jak dominujesz kochanie. Ja się do tego nie nadaję.
- Baby są od garów. - tłumacze rozwiązując kokardki z przodu gorsetu.
- Pff - prycha. - Lecę gotować.
- Później - przewracam ją na brzuch i kontynuuje rozpinanie.
Trochę ciężko mi się skupić, gdy ociera się pupą o moje bokserki. Wypuszczam gorące powietrze na jej kark i zsuwam górną część kompletu.
- Możemy dziś zostać w takiej pozycji? - pyta.
- Twój tyłek wygląda tak strasznie gorąco.
- Więc go zerżnij - mruczy.
Całuje jej plecy zsuwając jej majtki.
Ręką jeżdżę po jej brzuchu raz zahaczając to o jej piersi to o kobiecość. Wypina pupę napierając na mnie. Słyszę jak jęczy zniecierpliwiona.
- Kotku gdzie ci tak spieszno?
- Proszę.
- Myślę że to jeszcze nie pora.
- Czemu? - mruczy.
- Jakoś.. nie wyglądasz na gotową.
- Przestań!
- Ale co konkretnie?
- Kłamać.
- Wypnij się dla mnie... bardziej Elizabeth.
Pokornie to robi. Pochyla się bardziej do przodu, przez co pasek się napina.
- Mała wiem że stać cię na więcej.
- Harry proszę - jęczy głośniej.
- Nie dopóki nie zrobisz tego co powiedziałem. - jeżdżę dłoń po linii jej kręgosłupa.
- Nie podoba ci się mój tyłek na tyle?
- Chcę go bardziej dla mnie. Masz czuć każdym mięśniem jak będę cię za chwile pieprzył. Bardziej Elizabeth, inaczej nic z tego.
Wypuszcza głośno powietrze z ust. Podbródkiem dotyka klatki piersiowej pochylając się jeszcze bardziej.
- Jesteś idealna. - ustawiam się przy niej i gwałtownie wypycham biodra.
- Aaah... - jęczy przeciągle. Ciągnie rękoma za pasek i przyjmuje mnie w ciasnym wnętrzu.
- Nie opuszczaj tyłka - mówię chłodno.
Odchyla głowę do tyłu. Robi o co proszę.
Dochodzimy razem w nieopisanej rozkoszy.
Słońce kładzie się obok mnie i mocno przytula. Całuję ją po włosach.
- Nigdy mnie nie zostawisz, prawda? - szepcze.
- Nigdy.
- Kocham cię...Ale tak bardzo mocno. Tak jak nikt nie kocha nikogo.
- Ja ciebie też. Ty moja przygodo.

sobota, 26 września 2015

Rozdział 14

Wypuszczam z ust powietrze idealnie poruszając się w wilgotnym wnętrzu Elizabeth. Opiera ręce na moich barkach i ciężko oddycha, jęcząc i powtarzając moje imię. Kochamy się już kolejną godzinę.
Jej szyja jest już cała w czerwonych śladach a ja jeszcze tworzę następne.
- Nie mogę już - wygina się w łuk dociskając biodrami do moich.
- Jeszcze chwila - zadaje mocniejsze pchnięcia.
- Już - prosi odszukując moich ust.
- Już - dochodzimy oboje.
Elizabeth krzyczy głośno i opada na miękkie łóżko w mojej sypialni. Całuje ją powoli, później przechodzę na szyję, a następnie na ramię brunetki.
- Czemu ty jesteś taki dobry w tym łóżku? - sapie do mojego ucha.
- I nadal nie mam cię dosyć..
Obraca nas i siada na mnie.
- Musimy iść spać. Podróż.
- Ja chce ciebie - znów nas obracam. - Albo zgoda, albo cie zgwałcę.
- Przecież robiliśmy to już tyle razy dzisiaj..
- Ja chce jeszcze - atakuje jej usta.
- Zrób mi dobrze - mówi oddając pocałunek.
Uśmiecham się chytrze i znikam pod kołdrą. Już po chwili, gdy mój język w niej wiruje ta krzyczy nie przejmując się sąsiadami za ścianą.
Ręce trzymam na jej biodrach totalnie ją unieruchamiając.
Idealnie smakuje. Scałowuję każdą krople. Gdy dochodzi do siebie Podciągam się i kładę głowę na jej piersiach.
Bawi się moimi włosami. Takie noce bardzo mi odpowiadają.
Z samego rana wyruszamy. Mamy mercedesa. Mamy też leki! Bez nich nie pojadę. Nie ma mowy.
Elizabeth śpi przykryta kocem i przytulona do poduszki w kształcie penisa. Dostała ją od mojej siostry i po mimo wielu prób nie mogę się tego dziadostwa pozbyć. I podobno jesteśmy spokrewnieni. Ale Rosjanka mówi, że prezentów się nie wyrzuca. No i masz. Tym razem podróżujemy na północ.
Nie mamy ani grosza. Tak jak sobie życzyła.
Czym jest życie bez ryzyka? Zresztą z taką dziewczyną mogę iść i na biegun. 300 kilometrów dalej zjeżdżam na stacje. Budzę brunetke by nie musieć używać pistoletu.
- Jasne - mówi i idzie do kas, gdy ja tankuję. Zapewne coś na ściemnia i poprosi, aby wyszedł a sama usunie licznik.
Czekam w aucie mare metrów dalej aż wróci.
Przybiega do mnie uśmiechnięta, że jej się udało. Zapina pas, a ja od razu ruszam.
- Kasyna i milionerzy?
- no nie wiem.. oni wszyscy za bardzo cie lubią. - grymaszę.
- A kobiety ciebie - ucina temat chłodno. U, zazdrość wyczuwam.
Dźgam ją i zjeżdżam na odpowiedni pas.
Ellie opiera nogi na schowku przed sobą. Wjeżdżamy w bramki na autostradzie. Nie mam jak kupić biletu, bo nie mam pieniędzy ale dziewczyna znajduje sposób. Dotyka swojej kobiecości przez sukienkę masując ją lekko na widoku mężczyzny w okienku.
Nie mam pojęcia który z nas jest w większym szoku, ale to działa. Przejeżdżam przez bramkę. Elizabeth poprawia sukienkę.
- To było zajebiste - wiercę się.
- Coś cię ciśnie? - uśmiecha się.
- Jak cholera.
- A to dopiero początek - kładzie rękę na moim udzie. - Do tych akcji z kasynem oboje musimy podchodzić z dystansem.
- Nie poznaje cie.
- Po prostu teraz jestem pewna. Chociaż nie mam ośmiu milionów to mnie kochasz. A jak chwilę poflirtujesz z inną kobietą w kwestii zarobienia to ja postaram się nie wydrapac jej oczy.
- Pomożesz mi? - zjeżdżam na bok.
- A chcesz mnie czy moje usta? - oblizuje dolną wargę.
Odsuwam fotel i wkładam ją między moje kolana.
Rozpina moje spodnie. - Musiałam, że po wczorajszym to ci długo nie stanie.
- Nie doceniasz.. - Wkładam palec do jej ust rozchylając je.
Przygryza mój palec wskazujący i mruczy.
- Musisz się pospieszyć kochanie..
- ty Jesteś strasznie nie cierpliwy. - pochyla się i oblizuje główkę członka.
Kilka minut później dochodzę w jej ustach. Wraca na swoje miejsce, ja się poprawiam i ponownie ruszamy.
Trzeba będzie znaleźć motel lub też hotel. Musimy się przespać. Ciekawe jak to załatwimy.
Chyba łatwiej byłoby wcześniej zdobyć na to pieniądze. Tylko zastanawiam się jak.
Przeczesuję włosy rozważając możliwe opcje.
Zauważam, że Elizabeth poprawia makijaż. Robi z niego mocny i to bardzo.
- Robimy powtórkę z rozrywki, ale go nie zabijaj.
- Nie starczy ci na hotel skarbie. Tam nie będzie dużo.
- Starczy na motel.
- Myślę że ja zacznę zarabiać - zjeżdżam na następną stacje.
- A co zrobisz? - uśmiecha się.
- Porozmawiam z panem - całuje ją krótko i wychodzę.
Wracam dwadzieścia minut później z kasetami z kamer i pieniędzmi.
- Zdolny jesteś kochanie. Louis dzwonił - mamrocze.
- Po co? - jęcze.
- Żebyś po drodze odebrał jakiś towar. Chyba znów szlugi.
- Zobaczymy - odjeżdżam.
- Taki piękny widok.
Kręcę głową i kładę się do łóżka.
Patrze w sufit zmęczony całym dniem. Jednak cieszę się, że jestem tutaj z nią.
Trochę się zabawimy. Teraz nikt mi jej nie odbierze. Nie oddam osoby na której naprawdę mi mocno zależy. A taką osobą jest właśnie Elizabeth. Dziewczyna przychodzi i kładzie się obok. Przytulam ją i zasypiamy. Niestety rano budzę się sam.
Przyciągam się i idę do łazienki licząc że tam ją znajdę.
Jednak nie. Jest pusto. Wzdycham cicho. Może poszła coś zjeść. Czekam na nią.
Wchodzi ze śniadaniem dla nas. Siada mi na kolana.
- Cześć Mała..
- Cześć Hazz - uśmiecha się.
- Nie uciekaj mi tak.
- Poszłam po jedzenie.
- No widzę.
Uśmiecha się i daje mi do ust kanapkę. Już sobie moją bluzę upolowała.
Ale wygląda w niej bardzo dobrze. Godzinę później wyjeżdżamy.
- Czekaj. Zostaniemy w Wiedniu na balu maskowym - patrzy na plakat.
- To bardzo ważne?
- Dużo możemy zarobić. Pomyśl.
- No dobra. - moja osobista mistrzyni knucia.
- Ale wiesz potrzebuje sukni i maski...
W ten oto sposób dwie godziny później była kasa i nie ma kasy. Ale oboje mamy się w co ubrać. Wieczorem wychodzimy. Elizabeth wygląda magicznie.
Ma długą białą suknię i czarną, delikatną maskę. Ja jak inni mam smoking. Moja Maska również jest koloru czarnego. Plan jest prosty. Rozdzielamy się.
Jest masa ludzi. Bogatych i zapsutych ludzi. .Nie lubię takiego towarzystwa. Nie jestem taki. Dobra. Kradnę ale oni nie są lepsi.
Ja zabieram ale oni dalej mają kasy jak lodu. Nie zbiednieją. Rozglądam się za Elizabeth ale nie rozróżniam tych kobiet. Gdzieś tu jest i zapewne kokietuje jakiegoś dupka. Na pewno da sobie radę. Ja muszę znaleźć naiwną dziewczynę.
Biorę kieliszek szampana i obserwuje ludzi dookoła. Hm, a może jakiś biznesmen.
Bez Elizabeth mam raczej marne szanse wykiwać typa.
- Mam kartę. Nie zauważył. A pin to jego wiek - słyszę przy uchu.
- Szybko i bezdotykowo. Chwała Bogu.
Odstawia mój kieliszek, a kartę wsuwa mi do kieszeni.
- Walc wiedeński - wskazuje na parkiet.
- Więc zapraszam - prowadzę ją przez cały taniec
Uśmiecha się cały czas. Zapewne oczy tez ma radosne. Muzyka się zmienia i zaczynamy tańczyć tango
Zawsze byłem dobrym tancerzem, ale jej nie dorównuje do pięt. Jednak Chyba nie tak źle się prezentuję. Myślę, że to bardzo udany wieczór.
gdy wśród par wirujemy na parkiecie i widzimy jedynie siebie.
- Jesteś piękna - szepcze jej do ucha gdy wracamy do stolika.
Odwraca się i dotyka ustami moich ust składając na nich czuły, słodki pocałunek.
Oddaje go i przedłużam.
- Chyba tu nie zaszalejemy.
- Dlaczego by nie? Zagadaj z jakąś kobietą. - proponuje.
- Ale ja się nie mogę skupić. Przez ciebie.
- Przepraszam. Ja mogę wyjść.
- Muszę się napić. - stwierdzam.
- To pij ze mną. Tak na marginesie długo byś nie wytrzymał.
- Położyłbym cie na łopatki.
- Uwierz nie. Nie wiesz co to wódka.
- Umiem pić Rosjanko.
- Nie umiesz Angliku
- Zakład?
- Tak. O co?
- Czekam na propozycje.
- No nie wiem. Zastanów się. Dziś nie pijemy. Dziś zarabiamy.
- Żegnam panią - całuje jej dłoń i zostawiam dziewczynę.
Staję obok samotnej kobiety, która bacznym wzrokiem obserwuje wszystkich. Zdjęła maskę.
Biorę dwa kieliszki ze stołu i podaje kobiecie jeden.
- Dziękuję - odpowiada patrząc na mnie.
- Taka kobieta jak pani nie powinna stać sama.
- Nie było chętnych - odpowiada.
- Chyba nie myśli pani że uwierzę.
- Warto uwierzyć.
- Mam więc nadzieję że spróbuję pani zadowolić się moim towarzystwem.
- bardzo chętnie - posyła mi drapieżny uśmiech.
Już myślałem że jest ułożona, a tu taka miła niespodzianka.
Podoba mi się taki charakterek. Podaje jej jeszcze kolejno dwa kieliszki.
- Widzę że lubisz się ukazywać - szepcze do jej ucha trzymając maskę kobiety.
- Ty również mógłbyś - mruczy.
- Mam na ciebie ochotę - mówię wprost wiedząc że to sprawi że zrobi jej się mokro.
- Jesteś bardzo bezpośredni - odwraca się do mnie. Kładzie rękę na moim torsie.
- Chce cię mieć. - przygryzam płatek jej ucha.
Mruczy jeżdżąc paznokciami po mojej koszuli. Jest ładna. Może trochę starsza ode mnie.
- wokół mnie.. pośród roztrzepanej pościeli. Słuchać jak krzyczysz i jęczysz z rozkoszy.. - szeptam, a moja ręka zjeżdża coraz niżej.
- Więc zabierz mnie tam, gdzie poczuję tę nieziemską przyjemność...- odpowiada prawie dotykając moich ust swoimi.
Oplatam jej talię w drzwiach mijając się z Elizabeth. Puszczam jej oczko i wychodzimy.
W ostatniej chwili dostrzegam jej uśmiech zadowolenia. Wszystko idzie jak trzeba.
Przelewam z konta kobiety pieniądze podczas gdy ta leży kompletnie upita.
Ma się ten talent. Muszę jechać do hotelu. Taksówka to dobry pomysł.
Ostatni raz zerkam na kobietę na łóżku i zadowolony opuszczam pokój. Zbiegam po schodach hotelu, wsuwając maskę do kieszeni marynarki.
Mam nadzieje że Elizabeth jest już w pokoju. Szybko jadę do hotelu. Cicho wchodzę do sypialni. Pali się jedynie lampka, a dziewczyna śpi przytulona do mojej bluzy.
Uśmiecham się pod nosem. Chowam pieniądze i również zasypiam.


niedziela, 1 lutego 2015

Epilog

Odmawia spania ze mną drugi miesiąc. Nie wiem dlaczego. Kradniemy, oszukujemy, zarabiamy, podróżujemy po kilku miesięcznej przerwie. Kupiłem nam dom w Londynie.
Teraz jesteśmy w Australii. Dokładnie Sydney. Elizabeth wychodzi z łazienki ubrana, bo tylko tam się ubiera. Nie przy mnie. Poza tym dużo je. Myślę, że wstydzi się że przytyła.
Ale przecież nigdy nie dałem jej odczuć że cokolwiek u niej mi przeszkadza.
Trochę dziwi mnie jej zachowanie, ale po każdym rozpoczęciu tematu, ucina go.
- Ładna piżamka - zaczepiam ją.
- Co robimy? - siada obok.
- Jesteśmy wypoczęci - całuje jej szyję -.. najedzeni..
- To oglądamy film - klepie mnie w kolano i bierze pilota.
- Nie chce filmu - kładę ją pod sobą.
- Ale ja chcę. Kobietom się ustępuje - odpowiada twardo.
- Co jest? - patrze na nią uważnie.
- Nic, no zasłaniasz.
- Chce się z tobą kochać - znów pieszczę jej szyję, a rękoma zaczynam podwijać jej bluzkę.
Gwałtownie łapie moje ręce i odsuwa.
- Przepraszam, ale naprawdę nie mam ochoty.
- Znowu?
- Przepraszam Harry - odpowiada smutno.
- Powiedz mi o co chodzi.
- O mnie.
- To znaczy?
- Po prostu nie mam siły i to nie jest two...- podskakuje gwałtownie na łóżku.
- Elizabeth?
Kreci głową.Wstaje i wchodzi do łazienki.
- Co się dzieje? - tracę cierpliwość. Po prostu się martwię.
Naprawdę zaraz tam wejdę i nie obchodzi mnie prawo prywatności.
- Elizabeth.
- No już idę. - wychodzi uśmiechnięta.
- Powiedz mi w tej chwili.
- Jestem gruba.
- Przesadzasz.
- Jestem gruba - powtarza. - I będę grubsza.
- Możesz... możemy biegać - mówię niepewnie.
- Nie wiem czym dam radę. Taki słoń ze mnie będzie że masakra. Ja mówię ci.
- Przecież masz dobrą figurę.
- Ta? Gdzie?
- No wszędzie. O to chodzi?  Wstydzisz się?
- Tak. - kiwa głową.
- Więc przestań. Proszę..
Wzdycha i kładzie mi ręce na policzkach. Bierze głęboki oddech.
- Jestem w ciąży Harry - zabiera dłonie i wraca na łóżko.
Zostaje jak stałem. Chyba nie do końca to do mnie dociera. Jeszcze raz to sobie powtarzam. Dzielę na wyrazy. Sylaby, w końcu na litery.
- Czemu.. czemu mi nie powiedziałaś?
- Bo obawiałam się twojej reakcji. Poza tym zyskałam cztery miesiące podróży, bo zapewne nie zgodziłbyś się na te wszystkie akcje - gładzi ręką brzuch.
- Z pewnością - podchodzę do niej. - Wszystko z nim w porządku?
- Tak, dzisiaj zaczął się ruszać. Właściwie to oni, ale nie wiem jak przyjmiesz tę wiadomość i nie wiem czy juz ci powinnam mówić.
- Oni? - otwieram szeroko oczy.
- Oni - powtarza ciszej.
Uśmiecham się szeroko i ją podnoszę.Patrzy na mnie w skupieniu, trzymając się mojej szyi. Będę ojcem. Bliźniaków. Za pięć miesięcy. Okay...JEZU CHRYSTE JA SIĘ SOBĄ NIE UMIEM ZAJĄC, ALE BĘDĘ NAJLEPSZYM OJCEM EVER.
~*~
- Tato, tato na lączki! - Cassie skacze mi na kolanach na pulchnych nóżkach.
- A ja do mamy...- Mike drepta do schodów.
- Spadniesz - mówię do syna łapiąc małą.
Jest uparty jak Elizabeth, więc będzie pokonywał przeszkody mimo to.
Dwulatka przytula swój policzek do mojego.
- Co grubasku? - jest straszną przytulanką.
- Ce kotka tatusiu, kup mi kotka - to zdecydowanie córusia tatusia.
- Po co ci kotek?
- Bo kotek robi miau...- mruczy uśmiechając się.
Elizabeth zbiega po schodach, łapiąc małego pod rękę. Rzuca na kanapę stos wyprasowanych ubrań ,nie zatrzymując się idzie do kuchni, skąd porywa dwie miseczki i wraca na kanapę. Mike śmieje się podskakując pod pachą mamy.
- Jemy - sadza go obok mnie i wciska lekko łyżkę do jego buzi.
Ja karmię córkę z którą nie ma większego problemu.
To ona tu najwięcej je. Mike to niejadek. Trzeba mu dużo opowiadać, aby coś zjadł. Ale jakoś się udaje.
- Dobra oglądać bajki - sadza ich przed telewizorem. Na dywanie jest mnóstwo zabawek. Siada mi na kolanach i całuje krótko w usta. - Kocham cię mężu.
- Co cie tak nosi? - oplatam jej talię.
- No...Bo wiesz - uśmiecha się szeroko i wskazuje na brzuch. - Jednak nie jestem, więc ślub odbędzie się w terminie.
- Tak? Też cię kocham.

czwartek, 29 stycznia 2015

Rozdział 13

Rano gdy jeszcze śpi przenoszę ją, biorę kasę i odjeżdżamy.
Wyjeżdżam z Litwy. Staję na granicy. Strażnicy sprawdzają dokumenty.
 - A ona? - pyta łamiącym angielskim starszy oficer. - Co z nią? - wskazuje na nieprzytomną Elizabeth.
- Źle znosi ciążę. Mamy umówioną wizytę i dlatego się spieszymy.
Patrzy na mnie krzywo. Nie wiem czy w to wierzy. Rzuca mi niedbale dokumenty.
- Zjeżdżaj Angliku - prycha. - Pierdoleni herbaciarze - idzie w stronę kolegi.
Ignoruje to i natychmiast odjeżdżam.
Widzę jakiś zajazd i od razu robię postój. Musimy cos zjeść. Budzę dziewczynę, która znów ma gorączkę. Nawet nie ma siły otworzyć oczu.
- Musisz...musisz... - mówi cicho.
- Tabletki - daje jej je i karze popić.
Nie pomagają nawet po upływie pół godziny. Jest po prostu jak lalka.
- Mała no.. - sadzam ją sobie na kolanach i kołysze.
- Myślę, że nie poznam twoich kolegów...- szepcze.
- Co?  Elizabeth wpierdolę ci zaraz.
- Nie mam siły Harry, naprawdę nie mam siły...
- Słońce nie żartuj sobie.
- Nie mam siły - powtarza kładąc głowę na moim ramieniu.
- Jasne że masz. Pojedziemy do szpitala.
- Nie możesz ryzykować. Jedź. Zostaw mnie tu -mówi powoli. - Jak będziesz mógł, a ja dam radę to wrócisz...Kochanie Proszę jedź - wkłada w to wszystkie siły i uczucia.
- Nie. Jedziemy do szpitala.
- Nie zgadzam się.
- Nie masz nic do gadania.
- Harry, nie. Proszę - po policzkach spływają jej łzy. - Proszę..
- Oni ci pomogą.
- Sprawdzą wszystko. Nie mamy ubezpieczeń. Czegokolwiek. Nawet nie wiem gdzie jesteśmy...
- Nie pójdziesz do więzienia. Powiemy prawdę. Porwałem cie.
- Nie - zaprzecza od razu. Dalej płacze, nie wydając z siebie ani jednego dźwięku. Później po prostu zamyka oczy i mdleje? Odpływa? Wykluczam to najgorsze.
Szybko jadę do szpitala. Już po chwili wbiegam z nią na oddział.
Jest straszne zawieruszenie. Dużo pacjentów i nikt nie umie się ogarnąć.
Zaczepiam jakąś lekarek i proszę o pomoc. Zgadza się widząc nieprzytomną Elizabeth. Chodzę po korytarzu, gdy wykonują jej badania. Mój telefon znów dzwoni.
- Halo?
- Pospieszcie się. Ten towar jest potrzebny - słyszę Zayna. On jest od...zabijania. totalnie. Chłopak bez uczuć, gdy jego miłość rzuciła go. Po prostu.
- Jasne- nie muszą wiedzieć wszystkiego.
- W ile będziecie?
- Nie wiem. Jak dojedziemy - mówię i się Rozłączam.
Doktorka wychodzi po chwili z wynikami badań. - Żona jest osłabiona i odwodniona. Jutro będzie juz wszystko dobrze. Podamy leki na zbicie gorączki oraz kroplówki. Nie skarżyła się na ból brzucha? Bo jedziemy na stół.
- Operacja?  Po co?
- Wyrostek. Nic poważnego.
- Jasne- siadam na krzesło i intensywnie myślę.
Mam nadzieję, że jutro ruszymy. Nie mamy czasu. Najważniejsze jest to, aby wyszła z tej choroby. Dlaczego tak mi zależy. Nie może jechać zaraz po operacji. Przecież to niebezpieczne. Odnajduje numer do jej rodziców.
Patrzę na telefon zastanawiając się czy mam zadzwonić. Namierzą nas i koniec. Ale nie może jechać, a ja tak. Jak zostanę to tylko ściągnę na nią kłopoty. Myśl Harry. Chciała, abyś ją zostawił.
Wysyłam jej rodzicom bilety na samolot z wiadomością że ich córka tu jest i ma operacje. Zostawiam kasę w jej torebce i odjeżdżam.
Tak. Tak będzie lepiej. Na pewno. Nie powinna się w tym wszystkim znaleźć.
Trzymam mocno kierownicę i wymijam kolejne auta.
Zatrzymuję się wieczorem pod motelem. Niedługo przejadę przez kanał. Wchodzę do małego pokoju i rzucam rzeczy na łóżko.
Trzeba się przespać. Zasypiam jednak dopiero po 2 w nocy.
Rano wchodzę pod prysznic. Szybka kąpiel i ogarniam siebie. Kto mi teraz będzie gadał? Nie ma kto mi towarzyszyć. Nie myśl o tym. Pospiesznie pakuję się i sprawdzam dokumenty. W portfelu znajduję złożoną kartkę.
Marszczę brwi i rozkładam ją czytając.
harbara"Miałam nadzieję, że w końcu przestanę być twoim problemem. Cieszę się, że mogłam przeżyć taką przygodę życia. I jesteś najlepszym porywaczem pod słońcem, draniu. Będę tęsknić, bo jesteś moim kochanym udawanym mężem i tak naprawdę wcale nie chcę, żebyś mnie zostawial. Podaję ci adres mojego domu. Napisz, gdy dojedziesz. Proszę. Twoja Elizabeth"
Uśmiecham się pod nosem i przyspieszam. Ona wydobrzeje a ja będę wolny.
Będzie dobrze. Louis będzie zadowolony.  Wszystko się ułoży.. Z portfela wystaje nasze zdjęcie. Wywołaliśmy je. Ona jest cudowna.
~*~
- Czego w słowach "masz ją tu przywieźć" nie zrozumiałeś?! - warczy stojąc naprzeciwko mnie.

- Masz towar. - mówię znudzony.
- Chcę dziewczynę. A jak chcę to mam. Niall, podaj mi jej adres. - odwraca się do blondyna.
- Zostaw ją.
- Wyjdź stad.
Prawie dwa tygodnie nie widziałem Elizabeth. Jadę do niej od razu gdy tylko jest to możliwe. Gdy jej mama mi otwiera słyszę śmiechy z salonu. Staje w drzwiach i zauważam Louisa śmiejącego się z moją Elizabeth.
Wiedziałem, że pojedzie do niej. Nie opuściłby sobie. Nigdy nie odpuszcza. Tak samo było z Nią. A teraz z Ellie. 
- Elizabeth, masz gościa.
Uśmiecham się nieznacznie gdy brunetka przenosi na mnie wzrok.
- To Harry mamo - mówi i podchodzi do mnie. - Pytałaś skąd obrączka. Już wiesz.
- Jak się czujesz? -staram się zignorować Louisa.
- Dobrze, dziękuję - odpowiada ciszej i uśmiecha się. - Chodź. Przepraszamy na moment - prowadzi mnie na górę.
- Wolałbym tam nie zostawiać Louisa samego.. - idę za nią niepewnie.
- Powiedział, że zabierze mnie do Anglii. Muszę tam pojechać. Ty tam będziesz - mówi nagle zatrzymując się na schodach.
- To znaczy... co?
- Chyba, że ty tego nie chcesz - dodaje juz mniej pewnie.
- Przyjechałem do ciebie.
- I to jest takie kochane - uśmiecha się. - Powiedz mi jaki jest haczyk, że on tak chętnie mnie zabrać chce - oplata rękoma moją szyję.
- Zanim dotarlibyście na miejsce przekabacił by cię. - patrze na nią uważnie.
- Niet - kręci głową. - Nie dla niego tyle ja ryzykowałam. Widzisz, wzięli mnie na przesłuchanie i wiesz ja kogo spotkałam? Straż graniczną. Ciekawe mieli winy. Powiedz, że Tęskniłes. Proszę powiedz - wspina się na palce, aby dosięgnąć moich ust.
- Cholernie tęskniłem - podnoszę ją i oplatam jej nogi wokół mojego pasa.
Uśmiecha się jeszcze szerzej, po czym mnie długo całuje. Bardzo długo.
- Wypieprze go stąd.. - mówię cicho.
- Ale on ci może cos zrobić...
- Za bardzo jestem mu potrzebny.
Głaszcze mój policzek i jeszcze przez chwilę całuje. 
- Wydaje się miły. Czemu on kłamie?
- Bo postawił sobie za cel zabranie mi ciebie..
- Faceci - wywraca oczami.
- Nie zrobisz mi tego prawda?
- Ty mnie możesz lubiłą nazywać. Ja lubjo tiebja. Jeśli rozumiesz to będziesz wiedział - mówi do mojego ucha.
- To tak czy nie.
- Domyśl się draniu.
- Jedź ze mną do Anglii.
- Jedzie ze mną - Louis staje na schodach, gdy mala chce się odezwać.
Odstawiam ją i odwracam się do niego. 
- Daj jej spokój.
- Hm...odpowiedź brzmi nie - przekrzywia głowę, wbijając wzrok w brunetkę. Uśmiecha się do niej lubieżnie. - Już wiem, czemu ją pieprzyłeś.
- Jeśli ją tkniesz rzucę te twoje interesy w cholerę.
- Jesteś ode mnie zależny. Inaczej będziesz skończony. Elizabeth na pewno chciałaby się przekonać jaki jest prawdziwy mężczyzna.
- Zostaw ją. - powtarzam przez zęby.
Ręka brunetki przesuwa się po moich plecach w geście uspokojenia.
 - Szto jest Louis? - wychodzi przede mnie. - Ja kobieta i u mnie jest ostateczne zdanie. Ty mi nie możesz nakazać z kim ja będę. Kak ty Harryemu cos zrobisz, ja zrobię tobje. Jasno? - mówi poważnie. (tł. Co jest Louis? Jestem kobietą i to ja mam ostateczne zdanie. Nie możesz mi kazać z kim ja będe. Jak ty zrobić coś Harry'emu, ja zrobię tobie. Jasne?)
- Po prostu odpuść. Tym razem odpuść. - mówię.
- Valerie tez była seksowna. Ale taka Rosjanka przy boku to co innego - przygryza wargę
Nie wytrzymuje i uderzam go. Ten łapie równowagę i mi oddaje.Zaczynamy się bić na całego. Nie popuszczę mu.
Krew płynie z mojego nosa. Tłukę go mocno jak on mnie, gdy między nas w biega trzech chłopaków. Wyrywam się im i ponownie dopadam Tomlinsona. Nie pozwolę mu mi jej odebrać.
- Hej spokój. Panowie no - mówi chyba najstarszy. Oboje się im wyrywamy. Elizabeth dotyka mojej twarzy. Glaszcze oba policzki.
- Harry, nie. Nie warto. Proszę.
- Spierdalaj stąd - burczę do bruneta.
- A ona ze...- Louis odchyla głowę dostając siarczysty cios od dziewczyny. Ta ugina kolano i kopie go w ał..
Zasysam powietrze sam mu współczując.
- Ow...- mówią jej bracia równo. 
- Ty go przeproś! Albo ja znów ci coś zrobię! - bojowa dziewczyna. - Pogódźcie się!
- No dawaj - śmieję się.
- Harry! - piszczy brunetka.
- Wygrałeś...
Wyrywam się chłopakom i zmuszam Elizabeth do pocałunku widząc jak krzywi się przez moją krwawiącą wargę.
- Kocham cię - szepcze cicho.
- Ja ciebie też.
- Kiedy to zrozumiałeś? - pyta z ciekawości.
- Nieistotne.
- Żenada Harry, Żenada. Ty wszystkie kochasz - Tomlinson znów się odzywa.
- To będzie mój świadek - mówię i jeszcze raz ją całuje. 
Uśmiecha się ładnie i ciągnie do łazienki. Opieram się o wannę, gdy ona opatruje moją wargę i ociera krew z nosa.
- Jak twoja blizna? - pytam.
- Pozwól, że będziesz podziwiał później - przyciska wacik do moich ust.
- Ajć.. - sycze.
- Przepraszam - mówi od razu i chucha na szczypiące miejsce.
Korzystam z okazji i łącze nasze usta. Uśmiecha się, oddając pocałunek. Kiedy ona stała się dla mnie tak ważna? Dwa tygodnie minęły, a ja czułem okropną pustkę.
- Nie ma to jak pierwsze, dobre wrażenie nie?
Zaczyna się śmiać i wrzuca waciki do śmietnika.
- Sasza, Peter i Nicolas już cię polubili. Lubią facetów z mocnym charakterem. Ale niestety moja mama uwielbia Lou.
- On ma to coś co uwielbiają kobiety..
- Ja uwielbiam to co masz ty - kładzie dłonie na moje ramiona.   
- Oby.
- Misiu, na pewno tak jest. Ja Postaram ci się to jakoś udowodnić.
- Bo na prawdę chciałbym Ci mówić kocham już zawsze - patrze w jej oczy. 
- A ja tobie. Jesteś...och Harry. Zmieniłeś się troszkę. I ja cię bardzo za to cenię. - spogląda na mnie z ogromnym szacunkiem i podziwem. Na mnie? Na złodzieja? - Ponieważ my "małżeństwo" to zabierzesz mnie w podróż. Tylko z autem. Bez pieniędzy.
- Co? - śmieje się nie do końca rozumiejąc.
- No wiesz - oplata moją szyję i buja się na stopach, robiąc dzióbek. - Taka powtórka z rozrywki.
- Skarbie.. to była konieczność.
- Teraz będzie przyjemność. Hej no, jestem dziewczyną złodzieja. Podoba mi się to.
- Oo.. nie. Nie będziesz macana.
- Byłam wtedy to i teraz mogę. Poza tym są różne sposoby. To nie muszą być tylko kasyna - mruga oczami.
- Elizabeth..
Uśmiecha się niewinnie, robiąc słodkie spojrzenie.
- Pakuj się.
Bierze moją twarz w dłonie i całuje. Wybiega z łazienki, a ja się podnoszę. W drzwiach zderzam się z wysokim brunetem.
- Więc to teraz? - pytam.
- Jestem Peter - podaje mi rękę. - Sasza jest starszy, ale z nim nie chciałbyś rozmawiać.
- Harry.
- Chodź - klepie mnie po plecach i prowadzi do salonu.
Wskazuje na fotel i sam siada na kanapie. - Widzisz, cała nasza piątka bardzo troszczy się o Elizabeth. Ktoś ją skrzywdzi - my krzywdzimy jego.
- To oczywiste. - Kiwam głową.
- A my Rosjanie, nie darujemy. Więc jeśli jej włos z głowy spadnie to stary...
- Też mam siostrę - tłumacze.
- No widzisz.
- Wszystko jest dla mn.. - wraca Elizabeth.
- Na górę. Nie strasz go, bo pieszo będzie wracał do Londynu jak mu jeszcze coś nagadasz. Idź sobie.
- No mów papa mała - odzywam się
Odwraca się do mnie.
- Myślę, że jesteś bardzo zmęczony po tylu godzinach lotu tutaj - mówi, bawiąc się suwakiem swetra pod którym nagle nic nie ma.
- Zamykaj to i jedziemy - mówię na wydechu i ją wymijam.
- Skarbie, jedna noc.
- Czekam w aucie - wychodzę.
Za chwilę za mną wychodzi jej mama. Niesie jakiś koszyk.
Podchodzę do kobiety i uśmiecham się grzecznie.
- Macie na drogę - podaje mi. - Dlaczego nie zaprosiliście nas na ślub? W Rosji to porządne uroczystości, więc macie je wyprawic. Tak to rozkaz.
- Jasne proszę pani - drapie się po karku. - Dziękuję.
- Nie masz za co. Czy twój uroczy kolega może jeszcze zostać? - uśmiecha się.
- Odwioze go na lotnisko. Rodzina czeka. Żona, dzieciaki. - naginam trochę prawdę.
- Szkoda, jest taki przystojny. Rozumiesz. Dawno nie miałam mężczyzny.
- Ja... O jezu.. - patrze zrezygnowany w niebo. Mama Elizabeth to bardzo ładna kobieta.
Zresztą po kimś moja dziewczyna odziedziczyła urodę. Ale Louis? Poważnie?
- Lubi kolorową koronkę. - mówię ucinajac temat gdy staje przy mnie moje kochanie.
- O czym rozmawiacie? - oplata rękoma moje ramię i całuje mnie w policzek.
Harbara- Nic. - mówię szybko.
Kobieta uśmiecha się do nas i przytula po kolei.
- Proszę uważaj na nią. Dużo przeszła.
Kiwam głową. Otwieram małej drzwi, sam zajmuje swoje miejsce i odjeżdżamy.
Ruszam, a jej mama nam macha. Zimno....
- No i masz. Jedziemy.
- To co innego. Bo teraz jedziemy do twojego domu. O, wiem ze tęskniłeś. Dawno nikt do ciebie nie mówił. - zapina pas. - Posłuchaj, może ja powinnam zmienić fryzurę. Albo cos sobie dopełnić. A może coś ci się nie podoba?
- Nazwisko.
- Co? - marszczy nos.
- Twoje nazwisko...i może trochę cycki.
- Za duże no nie? Ale nazwiska nie zmienię, bo jak?
- Żartuje. - śmieje się. - Są idealne.
- Zabiję cię kiedyś - wzdycha.
- Kocham Cię. - nachylam się i ją całuje.
Z namiętnością oddaje pocałunek. Jest cudownie.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Rozdział 12

Przebudzam się, gdy dziewczyna obok zaczyna drżeć. Śpi i chociaż jest ciepło, trzęsie się, a dreszcze przechodzą przez jej ciało.
- Elizabeth? - trochę się niepokoje. - Ej mała..
Przytula się mocniej szukając ciepła. Ona jest po prostu rozpalona.
- Skarbie.. - otulam ją i delikatnie budzę.
Otwiera oczy i zagryza siną wargę.
- Co jest? - pytam cicho żeby jej nie wystraszyć.
- Nie wiem, zimno Harry...
- Masz pewnie gorączkę. - wstaje. Ubieram jej majtki, daje jej bluzkę i na to zakładam jeszcze swoją. Znajduje dresy które również karze jej założyć. Potem jeszcze trzy pary skarpetek. - Musisz się wypocić.
Kiwa głową przytulając się do poduszki. Cholery. Nie mam tu żadnych leków.
Będzie trzeba coś załatwić. Robię jej herbaty i pilnuje by całą wypiła.
- Nie zostawiaj mnie, nie możesz...- nagle zaczyna mówić. - Ja cię potrzebuję. Harry, nie zostawiaj mnie.
- jestem. - przytulam ją i uspokajam.
Rozplakuje się i zaczyna kasłać. No cholera...
Robię wszystko żeby zasnęła. Nie ma wyjścia muszę ją zabrać do lekarza. Od razu ruszam. Z brunetką na rękach wchodzę do prywatnego gabinetu, to było najlepsze wyjście. Bez słowa do doktora kładę ją. Wyciągam pistolet.
- Niech jej pan pomoże. Zapłacę.
Mężczyzna zdziwiony, ale i trochę wystraszony patrzy na mnie.
- Postaram się...
Staję pod ścianą nie chcąc mu przeszkadzać.
- Jakie były objawy? - pyta, pochylając się nad brunetką, która traci przytomność.
- Gorączka, dreszcze, kaszel.. chyba nawet majaczyła. - wyliczam.
- To grypa prawdopodobnie, albo ebola.
- Sprawdź to. - mówię na prawdę przestraszony.
- Jeśli to to drugie to nas zarazi. - on chyba panikuje.
- Zapłacę ile chcesz. Wszystko do cholery.
- Ale ja nie jestem cudo twórcą. Miejmy nadzieję, że to grypa. Inaczej stad nie wyjdziemy - osłuchuje ją.
- I co? - pytam co chwila.
- Pańska żona ma 41 stopni gorączki - bierze jakąś strzykawkę i ją czymś wypełnia
- Co to jest? Na gorączkę?   Po co jej to?
- Proszę mi nie przeszkadzać.
- Jak jej się coś stanie.. - mówię i chodzę niecierpliwie po gabinecie.
Mężczyzna podaje jej różne środki. Ona nie może mieć tego wirusa. Nie wiem ile czasu mija, ale to tortury.
- Nie zostawiaj mnie...- zaczyna mówić.
- Jestem mała.- mówię spod ściany. - Powiedz mi wreszcie co z nią jest.
- Objawy są jak od grypy. Więc takie leki przepiszę.
- Czyli to to?  Nie wyjdę stąd dopóki nie przysięgniesz na swoje dzieci że to to
- Tak...
- Dziękuję - czuję ulgę.
- Musi odpoczywać. Dużo leżeć i pić.
- I te leki tak?
- Tak proszę pana.
- Nie było nas tu. Jasne?
- Jasne...
Kładę na jego biurko wszystko co mam przy sobie, czyli prawie wszystko co mam w ogóle i zabieram małą.
- Nie...Puść. Musisz jechać - mówi.
- Elizabeth cicho, proszę.. - wchodzę do tira.
- Harry, ty mnie posłuchaj - prosi słabo. Dotyka mojego policzka. - Musisz jechać. Nie ma czasu. Ja ci przeszkadzam. Ja wiem, że dasz sobie radę sam. Jak zawsze dawałeś.
Śmieję się cicho i ją kładę.
- Idź ty spać bo na prawdę zaczynasz głupio gadać. Będę jechał, a ty spróbuj jakimś cudem wyobrazić sobie że to fale i zaśnij. Dobrze?  Obudzę cie znów, gdy trzeba będzie wziąć leki.
- Harry, ja mówię poważnie. Tracisz pieniądze i czas. Na mnie.
- Śpij kochanie. - całuję jej czoło.
Patrzy na mnie jak dziecko, które źle zrobiło. Kucam i ją przykrywam kocem. Ten facet dbał tu o porządek. Mamy zapas wody oraz jedzenia.
Całuję jej nosek i posyłam uśmiech.
- Dziękuję mężu - mówi po chwili i zamyka oczy.
Idę za kółko i ruszam. Musze trochę nadrobić. Mam nadzieję, że przyjedziemy dziś granicę. Muszę się pozbyć tego auta. Potrzebujemy czegoś szybkiego. Na szczęście udaje mi się przekroczyć granicę bez komplikacji. Idę do kasyna. Bez Elizabeth nic nie udaje mi się zdziałać. Mam tylko tyle ile wygrałem. Kupuje używane bmw i kładę małą na tylnych siedzeniach.
- Co się stało? - otwiera oczy. Układam jej pod głową poduszkę.
Mam wrażenie że czuje się trochę lepiej.
- Nic kochanie. Zjedz leki skoro się obudziłaś.
- W porządku - siada, biorąc ode mnie tabletki. Przynajmniej nie trzęsie się z zimna.
- Połóż się i... i spróbuj zasnąć - ciągle to mówię.
Łapie moją dłoń i całuje obrączkę. Wydaję mi się, że jestem dla niej ważny.
- Dziękuję Harry. Za to, że jesteś. Nie miałam osoby, która tak mnie wspiera. Chciałabym...Ja..., żebyś coś wiedział. - kładzie dłonie na moich policzkach. - Jestem dla ciebie.
- To musisz wyzdrowieć. -   całuje jej krótko usta. Robię to jednak delikatnie i czule.
Blada przytula się do poduszki i kaszle. Muszę jechać dalej.
- Śpij słońce - podnoszę się i wracam za kierownicę.
Zatrzymamy się na obrzeżach Litwy. Musimy znaleźć nocleg. Nie może spać w aucie. Znów dostanie gorączkę.
Kasa znowu szybko się skończ. Wzdycham, to nie istotne. Znajduje jakiś tańszy, ale jednak luksusowy hotel. Biorę Elizabeth na ręce i wnoszę do pokoju.
Kładę ją na łóżku. Idę po nasze rzeczy. Gdy wchodzę do pokoju, dziewczyny nie ma na łóżku.
- Elizabeth? - Idę do łazienki jej poszukać.
Nachyla się nad toaletą, wymiotując.
- Kurwa.. - podchodzę do niej i trzymam włosy.
- Wody...- mówi po chwili.
Gdy już przestaje, myje zęby i biorę ją na ręce jak małpkę. Siadam z nią na kolanach i podaje picie.
- Przepraszam - zaraz się tu rozpłacze.
- Pij - zmuszam ją do opróżnienia całej butelki.
Przytula się do mnie. Musi wyzdrowieć. Musimy zarobić.
- Jest chociaż troszkę lepiej? - pytam pocierając jej plecy.
- Nie mam dreszczy - odpowiada. - Nie chcę już...
- Wiem śliczna.. - całuje jej czoło i przykrywam ją.
Zamyka oczy i odpływa. Siadam na krześle jedząc jabłko. Muszę coś wymyślić. Powinienem zadzwonić do Louisa.
Ale na prawdę cholernie nie mam na to ochoty. Wieczorem daje Elizabeth tabletki i wychodzę do kasyna. Mam zamiar uwieść jakąś bogatą kobietę. Tylko że nawet najbogatsza z wszystkich tam nie da tyle co ofiara dziewczyny. No nic ważne że coś.
Siadam przy stole obok ładne blondynki. Na pewno starsza ode mnie.
Pewnie ze dwa razy. Ale setki tysięcy wydane na wygląd robią swoje. Zostają rozdane karty. to dobry przeciwnik. Widzę jak mi się przygląda.
W pewnej chwili wyciągam telefon udając że Wcześniej zadzwonił.
- Tak? Dobrze, przelej mojej żonie 600 tysięcy.... więc jeśli woli czarną to przelej jej więcej. - udaje że słucham kogoś po drugiej stronie. - Tak. Dwa miliony lub ile tam trzeba. Niech mi po prostu już dzisiaj nie przeszkadza. - " Rozłączam się " i posyłam przepraszający uśmiech kobiecie.
- Widzę, że żona ma wymagania - odzywa się delikatnym głosem.
Rozmawia o dziwo po angielsku. Nawet nie ma akcentu Litwińskiego. Być może nie jest stąd. Moje szczęście.
- Tak, ale co to jest... taka drobna sumka.
- Oczywiście - uśmiecha się do mnie. - I puszcza samego do kasyna?
- Lubię czasem zmieniać moje towarzystwo - biorę do ręki szklankę z trunkiem.
- Chyba pan wygra. - stwierdza niepocieszona
- Zawsze wygrywam - mówię ściszonym głosem.
- Och - uśmiecha się lekko. - A później pójdziemy na drinka.
- Z wielką przyjemnością. - Wstaje i podaje jej swoje ramię.
Również się podnosi. Zmierzamy do baru, gdzie pijemy drinki i rozmawiamy. To proste co muszę zrobić. Uwieść ją, zdobyć gotówkę, którą tu wygrała. A sporo wygrała.
- Odbiorę tylko pieniądze i możemy stad wyjść - mówi do mojego ucha i rusza do kasy.
Uśmiecham się pod nosem i czekam. Dużo zarobię. Wierzę w swoje możliwości. Biorę ją pod rękę i zabieram ciężka walizkę.
Nie mam zamiaru się zapędzać. Myślę o Elizabeth a to jest po prostu praca.
- Chodź do mnie - mówi wskazując na hotel niedaleko.
- Nie chciałbym niepokoić męża.
- No cóż - mruczy pod nosem.
- Dlatego proponuję wziąć pokój. Chętnie tam panią ugoszczę.
- Dobry pomysł - zgadza się od razu.
Wynajmuje pokój i wchodzimy do windy.
- Czemu tu jesteś? Pochodzimy z Anglii kochany - poprawia mi kołnierzyk.
- Lubię zwiedzać. - ukazuje szereg ząbków.
- Rozumiem. Jesteś przystojnym mężczyzną.
- Z ust takiej kobiety to prawdziwy komplement.
Uśmiecha się i jeździ paznokciami po mojej szyi.b
Odchylam głowę i liczę w głowie piętra. No szybko. W końcu docieramy do pokoju. Mamy tam whisky.
Dyskretnie podaje jej do szklanki silne tabletki nasenne. Szybko zaśnie, będzie z głowy. Kładę ją na łóżku i całuję po szyi, a kobieta odpływa. No i świetnie. Pieniądze zabieram do czarnej torby, a walizkę zostawiam.
Biorę jeszcze biżuterię i szybko się ulatniam. Wchodzę do naszego pokoju. Elizabeth przy lampce siedzi na łóżku owinięta kocami i liczy pieniądze, których nagle jest duża ilość.
- Skąd to masz?
- Nie chcę być bezużyteczna - przenosi na mnie wzrok i przeciera oczy.
- Skąd je masz?
- Ukradłam. Skąd mam je mieć? Chodziłam po pokojach. Zresztą nikt się nie domyśli, że chora kobieta ledwo chodząca da radę. Akurat monitoring jest zepsuty.
- Okay - rzucam się obok niej na łóżko.
- Tobie też się udało? - kaszle i składa banknoty.
- Tak - wskazuje na torbę.
- To dobrze draniu...- kładzie się przy mnie. - Śpimy?
- Śpimy - oplatam ją ramionami.
Zamyka oczy, a ja robię to samo. Nasze życie nie jest proste. Raz się uda, a raz nie. Ciągle ryzyko i bezpieczeństwo w które ją wciągnąłem.


wtorek, 6 stycznia 2015

Rozdział 11

- Wszystko w porządku? - pytam przestraszony.
- Nie...Jakiś Niall dzwonił. Za chwilę będzie tu nalot - duka.
- Nalot? - marszczę brwi. To raczej mało prawdopodobne. Liczę że źle zrozumiała.
Kiwa głową.
- Ktoś zgłosił kradzież biżuterii. Złodzieje przemieszczali się kamperem.
- Ubierz się szybko, weź pieniądze i zejdź na parking jasne?  Szybko - sam zakładam tylko spodnie i Wybiegam z pokoju. Musze skombinować nowe auto. Nie możemy jechać tym kradzionym. Mam nadzieję, że mi się uda. Jednak nie mam czasu. Widzę policję przy głównym wyjściu. Rozglądam się szukając wyjścia ewakuacyjnego. Cofam się i zbiegam po schodach do parkingu podziemnego.
Elizabeth wyciąga z kampera cały towar, który mam przetransportować. Bezsensu byłoby to zostawiać.
- Harry - mówi i pokazuje na czarnego vana. - Otworzyłam.
Biorę w ręce wszystkie torby i wrzucam do bagażnika. Podchodzę do niej i zdejmuję jej stanik, a bluzkę maksymalnie obciągam.
- Ty prowadzisz mała.
- Co to miało być? - patrzy na mnie zdziwiona.
- Musisz się spodobać panom. - znacząco patrze na jej odznaczający się biust.
- Ktoś nas zatrzyma Harreh?
- Nie wiem tego. Ale twoje atrybuty mogą nam pomóc.
- Dziękuję, że tak twierdzisz - patrzy przez ramię. - Zrobimy inaczej. Ty odpal auto, bo ja nie potrafię. Idę przez główne wejście. Spytam przypadkiem o co chodzi, że jest tam policja.
- Odwrócisz uwagę jednego lub dwóch a mnie wtedy sprawdzą.
- Więc co robimy? - bierze głęboki oddech.
Tylko niech nie wpada w panikę.
- Uruchomię ci auto, schowam się w bagażniku, a ty gdyby nigdy nic wyjedziesz. - robimy jak mówię.
Gdy przejeżdża przez bramę hotelową obok radiowozu, zerka nerwowo w lusterku. Widzę jak się denerwuje. Oddycham z ulgą dopiero wtedy, gdy jesteśmy kilka kilometrów dalej.
- O Boże...Wiesz, że trzeba szybko wymienić to auto? Właściciel na pewno zgłosi kradzież.
- Wiem. Cicho, spokojnie - Zamieniam się z nią. - Kupimy coś, tylko zaraz potem zabraknie kasy.
- To ukradniemy znowu. Proste. - opieram głowę o szybę i przeciera oczy. - Lubiłam kamper...
- Nie możemy kraść. Będą ciągle na naszym ogonie.
- Wybacz, ale nie mam....Albo mam. Udamy potrzebujących.
- Co? - nie rozumiem.
- No będziesz chory czy coś. Będziesz potrzebował pieniędzy.
- Nie. Załatwię kasę na jakiejś stacji albo znów w kasynie.
- My. Przyzwyczaj się, że my - odpowiada i idzie na tył auta. Wyciąga bluzy, aby robiły za poduszki.
- Nie chce żebyś to robiła. Ja lubię grać. Łapy obcych facetów ci nie odpowiadają, mi też nie.
- Nie wpadajmy w paranoje. Było ok. Gdyby macał mnie poza granicami, dostał by w twarz i w coś cenniejszego.
- Co wzbudziło by sensacje. Dziewczyny tych rzędów pozwalają na wszystko na co pozwoli ich "właściciel " czytaj mąż, a gdybym za szybko kazał przestać to również byłoby podejrzane. Rozumiesz?
- Zatrzymaj się na chwilę - pokazuje na pobocze. - Na chwilę.
Zwalniam i spełniam jej prośbę.
Wysiada z samochodu i widzę jak staje przy drodze. Macha ręką tirowi, a ten jak na zawołanie zjeżdża na bok. Nie słyszę co do niego mówi, ale coś tłumaczy i pokazuje na nasze auto. Biorę broń, gdy ona dostaje pieniądze i wsiada do środka. Odwraca jego uwagę, żebym ja mógł mu po prostu wsadzić kulkę w łeb. Wysiadam i zachodzę go z drugiej strony. Załatwiam to szybko i czysto by nie poplamić tapicerki.
- Sprawdź co ma w bagażniku - rzuca do mnie markotnie i wyciąga portfel mężczyzny.
- Nie musiałaś tego robić. Liczyłem że po prostu chcesz uprawiać seks - śmieje się robiąc co mówi.
- Chciałam! Ale chętnego partnera nie widzę.
- Słucham? - wracam do niej wzrokiem.
- Nie widać? - dotyka nabrzmiałych piersi i wybucha śmiechem.
- rób to szybciej.
- Ja już zrobiłam. Na ciebie czekam.
- Bierzemy tir czy zostajemy przy aucie?
- Ty tu rządzisz. Zaoszczędzimy kasę. Tylko pozbądź się tego trupa...- krzywi się zniesmaczona.
Ciało zostawiamy w kradzionym aucie, bierzemy towar.
- Pierwszy raz prowadzę tira - mówię jadąc.
- Nie uspokoiłeś mnie Harry...
- Mała.. nie mogę się zatrzymać. Jak chcesz, to proszę - pokazuje na swoje kolana.
Patrzy na mnie głupio.
- Aż tak nie będę ryzykować. Ja nie robię za poduszkę powietrzną.
hazz- Słońce to.. - Unoszę rękę. Sam wiem że seks tak to byłoby samobójstwo. -.. ale musisz zmieniać biegi.
- Wierzysz, że mi się uda tak?
- wierze w ciebie. Ale zrobisz jak uważasz - wzruszam ramionami.
- Jeszcze nie ryzykujmy...Masz zamiar się zatrzymać czy jedziesz przez granicę?
Nie odpowiadam, bo cały czas się śmieję.
Uderza mnie ręką w krocze. 
- Odpowiedz!
- Ała.. Faceta w to miejsce?  Myślałem że się lubicie?
- Ja go bardzo lubię. Ty nie lubisz mnie. Zatrzymaj się gdzieś i chodźmy spać. Tu są łóżka.
- Spać, spać.. Idź spać jak chcesz.
- Z tobą po dwóch godzinach zajmowatsa seksem. 
- Dwie godziny? - udaję zainteresowanie.
- Harry - karci mnie wzrokiem.
- Ale ja nie jestem gotowy - mówię znacząco.
- Nosz naprawdę - rozpina pas i ściąga bluzkę. - Będę częściej chodzić bez stanika. Taki dreszcz podniecenia, kiedy piersi ocierają się o szorstki materiał, a sutki twardnieją...O nawet teraz tak jest - dotyka ich. - Chcesz zobaczyć?
- O kurwa.. - tego się nie spodziewałem. Szybko zjeżdżam i parkuje.
Uśmiecha się zadowolona i ciągnie mnie na piętrowe łóżko. Opadam plecami na materac. Pochyla się i składa pocałunki na mojej szyi.
Od razu unoszę biodra pozbywając się spodni.
Kładzie moje ręce na piersiach. Jeździ paznokciami po mojej klatce. Nie wiem w co tą dziewczynę wstąpiło, ale podoba mi się.
Masuje jej biust czując jak bokserki zaczynają robić się o wiele za małe.
Podnoszę głowę i nasze usta spotykają się w namiętnych pocałunkach. Jęczy w moje usta. 
- U nas na Rosji to dziewczyny dominują. Najczęściej na jeźdźca - mówi jakby to była wzmianka od pogodzenie.
- Myślę że warto rozszerzać horyzonty. Chętnie poznam twoją kulturę. - siłą ściągam z niej spodnie i majtki.
Untitled- Ty masz gumkę?
- Jeszcze jedna powinna być w spodniach.
- No dobra. Nie ważne. Ja nie mam dni płodnych. Mam kalendarzyk - zapewnia mnie. I chwilę później gwałtownie się nabija
O tak. Uwielbiam to uczucie jej wokół mnie. Kładę ręce na jej biodrach i pomagam się poruszać.
Opiera ręce na moich ramionach. Unosi się i opada. Idealnie ją wypełniam.
Jej piersi podskakują razem z nią dając mi dodatkową atrakcje.
- Och Harry...Jezu...- otwiera szeroko usta.
Siadam przez co zmienia się kąt chcąc znaleźć ten jeden punkt w niej.
Wbija palce w moje plecy. nasze oddech są przyspieszone. Wszystko tu paruje. Po chwili ona dochodzi. Ale to jak...Pierwszy raz doprowadziłem dziewczynę do kobiecego wytrysku.
Dyszy podczas gdy ja całuje i skubie jej nieco opuchnięte wargi.
- Twoja...Twoja kolej - sapie.
Uśmiecham się i przeciągle ją całuje.
Porusza biodrami chcąc abym i ja doszedł. Przyspiesza.
Wiem że jest zmęczona więc dotykam ją chcąc by się uspokoiła i nie forsowała.
Opiera się o mój tors i zamyka mocno oczy.
Całuje ją w czubek głowy. 
- Sam skończę mała..
- Nie Harry...- delikatnie ze mnie schodzi i kleka.
Jej usta działają cuda. Ląduje na plecach i zamykam oczy.
Dochodzę, a ona dokładnie wszystko połyka. Oblizuję członka i praktycznie zasypia na siedząco.
Ubieram ją w moją bluzkę, a sam naciągam bokserki. Biorę ją w ramiona i utulam do snu odpływając chwile po niej.